niedziela, 8 maja 2011

Trasa na północ

Sobota 07/05 – Niedziela 08/05

Po opuszczeniu parkingu (brr ponownie, rano nie wyglądał lepiej niż wieczorem, jedyna różnica to trzeźwi acz skacowani lokatorzy) jedziemy w kierunku Gór Szklarniowych (musimy sprawdzić jak to się rzeczywiście po polsku nazywa, bo to jest tłumaczenie dosłowne), które nas mocno rozczarowały. Widoki takie sobie, szlaki nijakie, oznakowanie słabe. Po paru godzinach zapakowaliśmy się zatem do auta i pojechaliśmy dalej na północ.


Po drodze mijaliśmy Australia Zoo, czyli zoo założone przez nieżyjącego już Steve Irwina, łowcę krokodyli. Co ciekawe, nadal widnieje on na wielu billboardach zachęcających do odwiedzenia zoo. Nas nie przekonał, bo wstęp kosztował $50 a my już widzieliśmy co mieliśmy zaplanowane ze zwierzaków. Dziś zrobiliśmy jakieś 500km, na noc zatrzymaliśmy się na bezpłatnym parkingu z zimnymi prysznicami, a na kolację zrobiliśmy prawdziwe spaghetti z mięskiem. Mmmm. Kto jadł u nas taki makaron z takim mięskiem ten wie o co chodzi :)

W niedzielę również nie robiliśmy niczego ciekawego, przejechaliśmy kolejne 500 km na północ zostawiając z tyłu miasto o nazwie Rockhampton, gdzie parę lat temu widziano w morzu 12 metrowego krokodyla. Tak, 12 metrów miało bydle, to nie pomyłka. W tym mniej więcej miejscu zaczyna się obszar słonowodnych krokodyli. Kąpiel niezalecana aż do dalekiej północy kontynentu, przy każdej plaży stoją odpowiednie znaki. Klasa. Z ciekawszych rzeczy jakie zdarzyły się tego dnia, to prawie zabrakło nam paliwa. Wpadliśmy w jakąś czarną dziurę jeśli chodzi o stacje i długo nie mogliśmy nic znaleźć, a na dodatek w naszym aucie chyba nie działała kontrolka rezerwy, bo nawet się nie zaświeciła mimo wskaźnika paliwa grubo poniżej literki E. W końcu zobaczyliśmy w oddali stację o nazwie Kalarka. Dawno się tak nie ucieszyliśmy :)
Na noc nie mieliśmy większego wyboru, bo w okolicy znajdował się tylko 1 darmowy parking, jak na złość jakieś 15 km od głównej drogi, z czego 8 po żwirze. Jadąc tam o zmierzchu baliśmy się, że znowu będziemy sami w środku lasu, ale na szczęście zastaliśmy tam parę młodych Kanadyjczyków, co ciekawe, w identycznym aucie jak nasze. Panna miała prawie łzy w oczach jak się z nami witała, bo okazali się być większymi panikarzami niż my hehe :)


T.

0 komentarze:

Prześlij komentarz