sobota, 14 maja 2011

Cape Tribulation

Sobota 14/05

Czekaliśmy na ten dzień grubo ponad dwa tygodnie, czyli od czasu jak pierwszy raz usłyszeliśmy, że nie możemy tu nie przyjechać. Wszyscy opisywali ten przylądek jako jedno z najpiękniejszych miejsc w Australii, tutaj las deszczowy styka się z oceanem. Aby się tutaj dostać trzeba kupić bilet na prom linowy, bo w promieniu 200km nie ma żadnego mostu, a jedyna alternatywna droga jest o 150 km dłuższa i nieprzejezdna bez napędu na 4 koła. Promem płyniemy jakieś 3 minuty po bardzo mętnej rzece Daintree, która aż roi się od krokodyli. Co krok widzimy znaki ostrzegawcze, żeby nie podchodzić blisko wody. Klasa.


W centrum informacji turystycznej udaje nam się przekonać bardzo miłą panią, żeby naładowała nam baterię do aparatu przy okazji dowiadując się gdzie można zobaczyć krokodyle, a gdzie można się pokąpać. Najpierw krokodyle. Kilkuminutowa trasa przez busz prowadzi nas w pobliże rzeki, którą to krokodyle dostają się do oceanu i odwrotnie. Oczywiście wszędzie znaki ostrzegawcze, że rzeka gryzie.




Spotykamy kilka osób również próbujących dojrzeć krokodyla, ale niestety nikomu ta sztuka się nie udaje. Po drodze spotykamy turystkę, która znalazła w swoim camperze wędkę, więc wybrała się tutaj na ryby. W pewnym momencie, żeby ominąć drzewo i nie iść po bagnie weszła spokojnie do wody. Brawo. Po pół godzinie szukania krokodyla dajemy w końcu spokój, niestety nie udało nam się żadnego zobaczyć. E za to zobaczyła węża i tak ją wystraszył, że odbiegła w kierunku rzeki, teoretycznie na tyle blisko, że mógł ją capnąć czający się tam, ewentualny, krokodyl. Podejrzewamy, że jak kogoś uda im się w ten sposób upolować, to wąż dostaje potem swoją działkę od krokodyla.

Potem idziemy połazić trochę po lesie deszczowym, podobno jednym z najstarszych na naszej planecie. Robimy łącznie 4 różne szlaki, co łącznie zabiera nam jakieś trzy godziny. Dwa ze szlaków prowadzą przez plażę, przed którą stoją znaki ostrzegające przed płaszczkami i meduzami.


Normalnie wszędzie coś się na człowieka czai. Łażenie po lesie tak nas zmęczyło, że potem idziemy popływać w rzece (podobno wolnej od krokodyli). Podczas kąpieli udaje nam się zobaczyć dwa żółwie, również zażywające kąpieli. Akurat jacyś ludzie je karmili, więc E nakręciła świetny filmik z żółwiem walczącym o bułkę z rybami. Na koniec zostawiliśmy sobie rejs po rzece Daintree, tej pełnej krokodyli. Trafiła nam się prywatna łódka, bo ludzie mający płynąć z nami nie przyszli o ustalonej godzinie i zostaliśmy sami. Elegancko. Krokodyle widzieliśmy cztery, trzy wygrzewające się na brzegu, a jeden płynął sobie niedaleko naszej łódki. Niesamowity widok. Na noc jedziemy znowu pod górę Malloy, bo nic innego w tej okolicy nie ma.



T.

P.S. Właśnie pofrunęliśmy pierwsze 500 zdjęć z Nowej Zelandii. Więcej na razie nie ma, więc jesteśmy na bieżąco. Linki na stronie zdjęcia oraz Nowa Zelandia. Prosiemy :)

0 komentarze:

Prześlij komentarz