środa, 16 lutego 2011

Hue

First officer's log, Stardate 16022011

Autobus jedzie szybko, miejsca na nogi dużo, więc udaje się trochę pospać. Z samego rana dojeżdżamy do Hue. Po paru chwilach w hotelu idziemy zwiedzać miasto i jego słynną cytadelę. Fajne to to, bardzo ciekawa architektura, sporo budynków robi naprawdę niesamowite wrażenie (wszystko naturalnie do zobaczenia w katalogu Hue, hehe).

Całość jest pozostałością po jakimś średniowiecznym pałacu, w którym mieszkał ktoś ważny, ale nie pamiętamy już kto. W każdym ważnym miejscu albo ktoś mieszkał, albo bywał, albo się chował…strasznie tego dużo i po jakimś czasie wszystko nam się miesza. W każdym razie bardzo to ogromne całe i naprawdę robi wrażenie.

Wieczorem podgrzewając wodę na herbatę naszą pożyczoną mini grzałką (pozdrowienia dla Właścicieli) udaje nam się popsuć pierwszą rzecz w jakimkolwiek hotelu: pod wpływem gorąca pęka szklany stolik. Ups. Udaje się to w miarę zatuszować i nikt nas nie ściga :)


W kolejny dzień wykupujemy wycieczkę wokół Hue, żeby zobaczyć okoliczne świątynie i grobowce jakichś ważnych ludzi, martwych od ładnych paru lat. Cała wycieczka całkiem niezła, sporo płynęliśmy łodzią, dużo mniej niewygodnym autobusem. Ale idąc do czwartego, prawie identycznego grobowca jakiegoś sztywnego typa zaczyna ogarniać nas lekkie znużenie. Wieczorem kupujemy bilet otwarty do samego Sajgonu, możemy wykorzystać go w miesiąc i wsiadać i wysiadać gdzie tylko chcemy. Do tego całkiem rozsądna cena. Miło.
T.

0 komentarze:

Prześlij komentarz