środa, 9 lutego 2011

Hanoi

First officer's log, Stardate 09022011

Z samego rana wsiadamy w autobus w Nanning i udajemy się na granicę wietnamską. Żadnych problemów, niczego prawie nie sprawdzali tylko wbili pieczątki. Po paru minutach jesteśmy w Wietnamie. W końcu :) Wsiadamy w podstawiony autobus i jedziemy do Hanoi. Hotel, w którym zaklepaliśmy nocleg miał po nas wysłać samochód na dworzec (i rzeczywiście wysłał), ale my na ten dworzec nie dotarliśmy. Autobus wysadził wszystkich jakieś 10km od centrum, a tam już czekała mafia taksówkowa. Po telefonie do hotelu (40 zł za 4 minuty połączenia, szlag) powiedzieli nam, żeby jechać taxą a oni za to zapłacą. Wyjścia zatem nie było, wsiedliśmy do taksówki. Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby licznik przeskakiwał tak szybko i tak dziwnie. Potrafił przez 500 metrów skoczyć o 10000 dongów (1,5 PLN), żeby przez następne 300 skoczyć o 40000. Koleś musiał mieć gdzieś guzik, którym przyśpieszał/zwalniał naliczanie. Z resztą w hotelu go wyśmiali i powiedzieli, że tyle nie zapłacą. Wybuchła niezła awantura, ale nas nie dotyczyła, bo kazali nam się nie przejmować i iść do pokoju. No to git. Zanim się odświeżyliśmy był już wieczór, więc poszliśmy tylko na krótki spacer po okolicy i jakąś kolację w knajpie. Samo Hanoi robi wrażenie. Miasto jest ogromne (6 mln ludzi) a ruch na ulicach potężny. Na każdym kroku ktoś coś sprzedaje, gotuje, pierze, co chwilę zaczepiają nas tubylcy oferując taksówkę, motor albo rikszę…do tego na drogach 3 miliony skuterów. Jakieś 100 razy więcej niż samochodów, tak na oko. Wszędzie skutery, a na każdym skuterze 2-4 osób (poważnie, 2 dorosłe + 2 dzieci to norma). Zasad ruchu drogowego nie przestrzega nikt, każdy na każdego trąbi, pierwszeństwo ma większy (nawet jadąc z podporządkowanej w lewo samochód jedzie pierwszy, a wszystkie skutery na głównej drodze stają). Przejście przez ulicę na początku wydaje się niemożliwe, ale po jakimś czasie udaje nam się odkryć zasady: powoli, krok po kroczku…jak człowieka widzą, to go będą omijać z jednej i z drugiej strony, jeśli nie będzie wykonywał gwałtownych ruchów. I tak powolutku na drugą stronę. Zielone światło dla pieszych nic nie znaczy i tak wszyscy jadą. Klasa :)


Następnego dnia rano idziemy zwiedzać stolicę. Udaje nam się zaliczyć wszystkie godne uwagi miejsca takie jak mauzoleum Ho-Chi-Mina (pół-bóg w ich oczach, twórca komunistycznego Wietnamu i ojciec zwycięstwa w wojnie z USA i południowym Wietnamem, głowa na wszystkich banknotach, jak w Chinach), Pałac prezydencki, kilka świetnych świątyń i masę mniejszych rzeczy (wszystko do zobaczenia na zdjęciach w katalogu Hanoi).


Wieczorem udaje nam się kupić bilety na lalkowy teatr na wodzie, coś co mają tylko w Wietnamie. Fajne to, masa pacynek wyczynia cuda na wodzie, do tego bardzo nastrojowa muzyka na żywo na nieznanych nam instrumentach.

Na następny dzień zaklepaliśmy wycieczkę do 2 malutkich wiosek w pobliżu Hanoi. Krajobrazy świetne, 2 godzinna wycieczka malutką łodzią też, ale poza tym nic specjalnego. Do tego jakieś 6 godzin łącznie w busie. Ale nic to, zaliczona kolejna pozycja przez wszystkich polecana.


T.

0 komentarze:

Prześlij komentarz