niedziela, 30 stycznia 2011

Nanning

First officer's log, Stardate 30012011

A w hostelu zonk, ambasada Wietnamu nieczynna przez 8 dni, bo chiński nowy rok niebawem, a oni świętują już 4 dni wcześniej. Spóźniliśmy się o 3 godziny, bo okazało się, że w niedzielę ambasada była czynna ze względu na nieczynność przez następne 8 dni. Znaczy szlag. Mamy zatem nieplanowane 8 dni w Chinach. D'oh! Po intensywnych naradach i szperaniu po sieci jedziemy na południe, na wyspę Heinan. A konkretnie do nadmorskiej miejscowości o nazwie Sanya, o której mówią chińskie Hawaje. Sratatatata. Się okaże.

Samo Nanning niczym nas nie zachwyciło. Ot, zwykłe robotnicze miasto, na pierwszy rzut oka nie dałoby się powiedzieć, że to Chiny, a nie Polska. Mają fajny park a w nim masę rzeźb zwierząt. Świetny był zwłaszcza ogród znaków zodiaku, mamy masę durnych zdjęć z rzeźbami psów, węży i prosiaków. Wszystko w katalogu o nazwie Nanning, naturalnie.



T.

Wielki Mur Chiński (ogniowy)

Znaczy blokują nas. Sam nie wiem jak udało się teraz wejść, nie wiem nawet, czy uda się załączyć posta. Jakby co, żyjemy i jest ok, ale w sieci sporo rzeczy nie działa. Blog, picasa, youtube, gg...blokada okrutna. I tak już 10 dni...a może być kolejne 10, bo ambasada wietnamska podobno już świętuje nowy rok i wizy zamiast jutro dostaniemy 8 lutego. Juhu oraz szlag!

T.

Ooo, nadal działamy. Nie mam pojęcia jakim cudem, bo jeszcze 5 minut temu nic nie działało. I tak cały zeszły tydzień. Jak jutro dalej sieć będzie w tak dobrym humorze, to może uda się załączyć kilka kolejnych postów, które niecierpliwie czekają na swoją kolej na papierze.

Rano uderzamy do ambasady wietnamskiej sprawdzić, czy rzeczywiście już zamknięta na amen, czy może jednak jest jakaś szansa na wizy. Łapówkę zamierzam dać, jak będzie okazja. Pierwszy raz w życiu, więc mam nadzieję, że będzie okazja. Poza tym cieplej, +15 jutro zapowiadają, co w porównaniu do +3, jakie mieliśmy cały poprzedni tydzień brzmi elegancko. To chyba tyle, teraz spróbujemy załączyć zedytowanego posta.
Ble.

czwartek, 27 stycznia 2011

Yangshuo

First officer's log, Stardate 27012011

Zimno, końcówka stycznia. +3 stopnie, w porywach do przymrozków w nocy. Ale za to nie pada, więc nie jest źle. W sumie byliśmy w Yangshou od wtorku do niedzieli. Okrutnie urocze miejsce. W około same góry, rzeki i lasy, mnóstwo szlaków rowerowych i maleńkich wiosek. Do tego bardzo tanio (nawet jak na Chiny).

We wtorek złaziliśmy większość miasta, dość długo szliśmy wzdłuż rzeki i dobre 30 minut nie mogliśmy się opędzić od flisaczki (samica flisaka?) namawiającej na spływ tratwą. Lazła za nami dobre 2 kilometry, nic do niej nie docierało, że dziś nie płyniemy. "Płyniecie i koniec" Uparta jak demony. Cena spływu spadła o 70%, więc szkoda że naprawdę nie chcieliśmy dziś płynąć, bo niezła okazja przepłynęła nam koło nosa.

W środę wypożyczyliśmy rowery i mieliśmy pozwiedzać okoliczne atrakcje wzdłuż szlaku rowerowego. Naturalnie pobłądziliśmy okrutnie (co przydarzy nam się jeszcze nie raz i nie pięć) i nie widzieliśmy prawie nic z zaplanowanych rzeczy. Żadnych znaków, informacji, tablic, nic normalnie. Miejscami jechaliśmy tak wąskimi ścieżkami, że chadzał tamtędy raczej tylko farmer Yao ze swoimi krowami. Byliśmy w bardzo ubogich wioskach, gdzie nie mieli nawet okien (a na zewnątrz mróz), przebijaliśmy się przez paskudne chaszcze, parę razy rowery trzeba było wnosić/znosić bo kończyła się droga.

Do miasta dotarliśmy już po zmroku, a strachu najedliśmy się ze trzy razy, jak nie lepiej.
W czwartek pojechaliśmy autobusem w górę rzeki Li skąd można było spłynąć tratwą jakieś 2 godzinki do Yangshuo, albo piechotką wzdłuż rzeki jakieś 4-5 godzin. My piechotą, naturalnie.


Zeszło nam w sumie jakieś 5h niecałe, w tym 3 razy musieliśmy przekroczyć rzekę na tratwach. A lokalne hieny czyhają aż się pojawimy i jak tylko nas zobaczą to od razu obskakują i ciągną do swojej tratwy. Widoki wzdłuż rzeki niesamowite. Wszędzie wokoło góry, lekko zamglone, przez co wydają się tajemnicze.Przy drodze gaje z pomarańczami i mandarynkami ( w styczniu przy temperaturze +3 stopnie), nic tylko rwać. E. zerwała i mnie skusiła. Smaczne.

W pewnym miejscu trafiliśmy na budowę betonowej drogi. A że wszędzie wkoło było dość błotniście, więc szliśmy wesoło tą świeżo wybudowaną drogą. I tak sobie wesoło, 3 metry koło jednego z robotników, wpadliśmy oboje w świeżo wylany beton. Nosz szlag by to trafił! Co za łoś z tego kolesia, że nam nic nie powiedział. My mieliśmy po zabetonowanym bucie, a on dodatkową robotę. klasa. A sam beton niczym się nie wyróżniał od tego zaschniętego, musielibyśmy iść z nosem przy ziemi żeby cokolwiek zauważyć. Ogólnie wesoło.

W piątek pojechaliśmy zobaczyć tarasy ryżowe. Pora co prawda nie była najlepsza, bo nie było ani nic zasiane, ani nic gotowego do zbioru, ale i tak robi wrażenie. Całe zbocza gór pokryte piętrami na których rośnie ryż.


Latem, jak to wszystko jest barwy złota, widok musi być niesamowity. W drodze na tarasy spotykamy kilka podróżujących kobiet. Trzy z nim podróżują samotnie, najstarsza w okolicach 70, w Chinach na 3 miesiące. Do tej pory zwiedziła już chyba z 700 krajów, w połowie mieszkała na dłużej, uczyła, czy cotamjeszcze. Szacunek.
W sobotę mieliśmy luźniejszy, ostatni dzień w Yangshuo i poszliśmy się zrelaksować do wodnej jaskini. W środku masa różnych formacji skalnych w kształcie słoni, koni, buddy czy czegotamjeszcze. Oczywiście jak ktoś się uprze i jest lekko ślepy i rzeczywiście chce te rzeczy rzeczywiście zobaczyć. Bo jak nie, to widzi się po prostu kawał skały, lekko przypominający słonia (albo konia). Na końcu jaskini czekała nas kąpiel wodna i gorące źródła. Leżeliśmy tam dobre pół godziny. Klasa :)
W niedzielę o 11 autobus do Nanning. Zajechaliśmy koło 17, przed 18 byliśmy już w hostelu.

T.

środa, 26 stycznia 2011

No probrem

First officer's log, Stardate 26012011

No tak, bo kto nie śpi o 3.30? (chińskiego czasu, bo w Polsce wtedy ledwie 21.30, celna uwaga). Dzwonimy zatem dzwonkiem, raz, drugi, trzeci. Po paru minutach wyłania się zaspany Chińczyk. Niski, koło trzydziestki, obłędnie uśmiechnięty. Otwiera drzwi i zaprasza nas do środka. Zaczynamy go przepraszać, że obudzilim, że autobus, że to, że tamto. A on z jednym otwartym okiem uśmiecha się na całą gębę "no probrem". Tu macie klucz, tu pilot od klimy i ogrzewania, tamtędy do pokoju, rano pogadamy. No probrem. Normalnie człowiek-bóg. Z miejsca został naszym ulubionym Chińczykiem.
Po angielsku gada nieźle, rozumie wszystko. Tylko akcent ma ossstry. Ale co mu nie powiemy, on odpowiada jednym "no probrem". Ubłociliśmy im (razem z żoną prowadzą ten hostel) okrutnie wypożyczone rowery - no probrem.
6 kilo prania mamy do zrobienia - no probrem.
Nie umiemy ustawić TV, żeby współgrał z anteną - no probrem.
Zaplanowałem już, że rzucę w jego 3 letnią córkę krzesłem, żeby zobaczyć co zrobi. Pewnie będzie tylko sporo krwi i "no probrem". Ale spróbować warto :) Jutro cyknę z kolesiem fotkę, będzie
można ją zobaczyć w katalogu Yangshou. A najchętniej to bym się z nim upił, niesamowity jest człek.

T.

wtorek, 25 stycznia 2011

Nocny ekspress do Yangshuo

First officer's log, Stardate 25012011

Miejsca leżące + kołderka + poduszka. W autobusie. Miło. Nawet całkiem wygodnie, brakowało może 5 cm żeby swobodnie wyciągnąć nogi. Kurduple z tych Chińczyków (to pisałem ja, skib, gigant 3 klasy). Na szczęście dostajemy oboje dolne prycze, bo na górnych mogłoby być wesoło patrząc na styl jazdy kierowcy. Na wszelki wypadek przypinamy się pasami. W telewizorkach puszczają chińskie filmy...osstre są, dużo krzyczenia, sporo kopania, ni cholery sensu. Znaczy Chińczycy to taka azjatycka odmiana Czechów.
Startujemy około 20, autobus planowo jedzie 10 godzin, więc spodziewamy się być na 6 rano. Hotel zaklepany, napisaliśmy że będziemy koło 7. A tu 2.30, wielki raban w autobusie, większość wysiada, każdy powtarza tylko Yangshuo, Yangshuo. My spokojnie leżymy, przecież to nie może być to, bylibyśmy 3,5h przed czasem.
A jednak. Wysiadamy prawie w ostatniej chwil, naturalnie wpadamy w sam środek grupki naganiaczy. Wszyscy oferują pokój, taksówkę i cotamjeszcze. Pan Natrętny zagląda mi przez ramię jak sprawdzam adres hotelu, informuje jak bardzo jest zimno i jak bardzo nasz hotel jest zamknięty o tej porze. I jeszcze oddalony 5 km od dworca. Jednym słowem, musimy jechać z nim bo inaczej pomrzemy. Ale na szczęście mamy już odrobinę doświadczenia w takich sprawach i nie wpadamy łatwo w panikę. Olewamy Pana Natrętnego i idziemy w kierunku hotelu. Docieramy po niecałych 10 minutach i bardzo niewielkiej ilości błądzenia. Znaczy niezłe tempo narzuciliśmy, 5km w 10 minut :)
3.30 w nocy, hotel jednak zamknięty. Ugh.

T.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Guangzhou



First officer's log, Stardate 24012011

Ależ to wielkie! 8 linii metra, 11 milionów ludzi (a w całej aglomeracji miejskiej ponoć jakieś 25 mln). Drugi Szanghaj, tak o nim mówią. A do tego za tydzień Chińczycy świętują Nowy Rok (3 lutego) więc zakupowiczów masa. Na głównych ulicach handlowych człowiek na człowieku, nad nim człowiek a obok jeszcze dwóch. Nie widziałem jeszcze tylu człowieków na raz.

Samo miasto takie sobie. Zaliczyliśmy kilka fajnych parków, pojeździliśmy metrem, zjedliśmy kilka niezłych posiłków (ryż/makaron + mięcho + warzywa + 2 piwa = 15 PLN...mmmmm), ale ogólnie czuliśmy się przytłoczeni mocno. W knajpach przeważnie robimy za atrakcję, bo chyba nie są przyzwyczajeni do białych jadających w takich spelunach. Czasem nawet dostajemy widelce, jak widzą jak się męczymy z pałeczkami (teraz już jesteśmy kozacy, bo wozimy ze sobą plastikowe sztućce znalezione w zupkach chińskich). A skoro już o zupkach mowa, to jest to u nich eleganckie żarcie.


Ogromny kubeł z makaronem, 3 saszetki przypraw i sosów. Zalane wrzątkiem smakuje super, nie tak jak te nasze bezsmakowe paskudztwa.



W Guangzhou zostajemy 2 dni, na trzeci mamy bilety na nocny autobus do Yangshuo. 700 km na południowy zachód, podobno bardzo ładna mieścina. Bilet kosztuje nas 2 razy tyle co normalnie. Chiński Nowy Rok się zbliża, juhu.


sobota, 22 stycznia 2011

Chiny, Chiny

First officer's log, Stardate 22012011

Na granicy tłumy. Kilka tysięcy osób, jak nie więcej. Może to przez piątek i wracających do domu Chińczyków, a może zawsze mają taki tłok. W każdym razie wszystko sprawnie, po pół godzinie jesteśmy w Chinach, szukamy dworca, a po drodze wybieramy z bankomatu pierwsze juany. A tam Mao! Bu! Na każdym banknocie na sama gęba. 100 juanów, 50, 20, 10, 5, 2, 1. Każdy banknot, ten sam profil. Koleś wymordował kilkadziesiąt milionów Chińczyków a oni umieszczają go na każdym banknocie. Ładnie.
Udaje nam się kupić bilety na ostatni autobus do Guangzhou (zachodnia nazwa Kanton). W autobusie od razu kopary w dół. Fotele szersze niż w najlepszym kinie (w rzędzie siedzi się 2+1, nie 2+2 jak u nas) nogi można wyciągnąć chyba na metr, klima...klasa, jednym słowem. Prawie jak w naszych PKSach.
Lądujemy w Kantonie o 23.30, idziemy na metro, bo takie dostaliśmy wskazówki z hostelu, a tu lipa, metro już nie hula. Zostają taksówki, a tam nikt nie mówi ani nie czyta po angielsku, więc nie mają pojęcia gdzie chcemy jechać. Miło. Do hostelu dodzwonić nie możemy się ani my, ani oni. Panika: włączona.
W końcu po paru minutach zjawił się rycerz w lśniącej taksówce, dodzwonił się do hostelu, dowiózł na miejsce i skasował jak za zboże (jakieś 20euro, dla niego kupa kasy, dla nas sporo, ale spokojnie zapłaciliśmy bo sytuacja była średnio ciekawa. Ale w hostelu od razu zrobiło się przyjemniej. Wielki pokój, tanie piwo w recepcji, sieć w pokoju, ciepła woda, miękkie wyro. Ogólnie dzień nie skończył się tak źle.

T.

piątek, 21 stycznia 2011

Macau

First officer's log, Stardate 21012011

Rano (9.30, hehe...i kto tu nie potrafi rano wstawać?) wyprowadzka z hostelu. Fajnie było. Ciasno jak cholera, pachniało średnio, ale za to było czysto. Do tego net w pokoju, świetna lokacja i bardzo tanio jak na HK. Potem po chińskie wizy, wyrobione w 3 dni. Koszt: 0 dolarów honkkongijskich (w przeliczeniu na nasze to jakieś 0 PLN). Ha! W ambasadzie chińskiej w Warszawie chcieli 200 PLN od osoby + koszty dojazdu. Ha! 500 PLN oszczędzone. Ha!

Już z wizami idziemy na katamarararan do Macau. Spociliśmy się jak cholera, bo wszystkie graty na plecach, temperatura w końcu ponad 20 stopni, a do tego nie mogliśmy znaleźć doku z którego odpływamy. Dok okazał się wieżowcem, na którymś piętrze kasy, na kolejnym odprawa, dopiero potem na statek. Zapieprzało to to okrutnie, chwilami miałem wrażenie, że zostawię tam śniadanie. Ostatecznie zabrałem je ze sobą.

W Macau pierwsze 2 godziny łaziliśmy po biedniejszej części (naprawdę biedna, slumsy można powiedzieć), żeby potem zderzyć się z hotelami, kasynami i całym przepychem turystycznej części wyspy. Ogromny kontrast, ale kasyna robią wrażenie.

Po drodze na autobus, którym dostaliśmy się na granicę chińską zjedliśmy najlepsze żarcie w Azji (wszystkie zdjęcia żarcia właśnie zagościły na stronie) Aż żal, że tylko dzień mieliśmy na Macau.




T.

czwartek, 20 stycznia 2011

Hong Kong dos

First officer's log, Stardate 20012011

Dziś ostatni pełny dzień w HK. Do Macau nie popłynęliśmy, bo nie wpuściliby nas bez paszportów, a te leżą w ambasadzie chińskiej. A zatem wybraliśmy się na kolejkę linową. Eleganckie wagoniki, tylko my w środku, 30 minut wjazd na szczyt. Tylko spora mgła była, więc widoki nie takie jak mogłyby być (wszystko na zdjęciach). Naturalnie wstaliśmy za późno (15.00 tym razem) i na szczycie mieliśmy tylko jakieś pół godziny na zwiedzanie, więc wszystkiego zobaczyć się nie dało. Szkoda zwłaszcza 20 metrowego Buddy, który był już zamknięty. Ale cóż, kto rano nie wstaje, ten Buddy cośtam cośtam.


Do tego postanowiliśmy zaszaleć jedzeniowo. W końcu to już trzeci dzień w Azji, więc żołądki powinny być przyzwyczajone do innego typu żarcia. Zatem najpierw na przydrożnym straganie zjedliśmy smażone brązowe kulki (rybne, co się potem okazało) a potem pierogi z niespodzianką (jakieś mięso i warzywa). Na deser, w plastikowym kubeczku, dostaliśmy kałamarnice (albo szczura z dużą ilością wypustek). Smaczne.




Każda potrawa niecałe 1 euro, a można sobie naprawdę nieźle podjeść. Co prawda, warunki higieniczne na tym straganie były koszmarne nawet jak na Azję, ale jadło tam mnóstwo tubylców (a oni wiedzą gdzie dobre, a gdzie trzydniowa sraczka), więc raczej nic nam nie grozi. Jak doliczymy do tego jedzone dzień wcześniej meduzy (na zdj. poniżej) to można uznać że chrzest bojowy zaliczony.


Jutro rano (hehe, pewnie 13.30, albo lepiej) odbieramy chińskie wizy i płyniemy na Macau. A potem Chiny, mmmm.

T.

P.S. Post załączony 9 lutego z datą 20 stycznia...znaczy postaramy się teraz uzupełnić to wszystko co działo się z nami kiedy nie mogliśmy nic pisać przez chińską blokadę. Troszkę to może wyjść pogmatwane, ale jakoś to będzie.

Kong Hong

First officer's log, Stardate 19012011

No to jesteśmy. I to już 2 dzień. Z czego większość przespana, bo jakoś się cholera nie możemy przestawić. Wczoraj wstaliśmy o 13, dziś o 16 (budzik dzwonił od 10, co 10 minut...co daje jakieś 36 dziesięciominutowych drzemek, klasa). Jutro planujemy wstać o 11, więc o 17 możecie spodziewać się jakiejś aktywności. Plan jest taki: zaspać tak bardzo, żeby wstać przed czasem następnego dnia. Tylko cholera może być ciężko, bo w piątek odbieramy wizy do Chin, a tam trzeba do 14 dotrzeć. Ugh.





A co poza tym? To samo co u nas, tylko głośniej, tłoczniej i ni cholery nie rozumiemy. Wczoraj zamówiliśmy makaron z mięsem a dostaliśmy rosół. Dziś podobnie, ale parę osób rozumiało angielski, a do tego jedna babka się nad nami zlitowała i zamiast pałeczek dostaliśmy widelce. Klasa :) Widelce były do meduz, co wzbudziło w lokalu sensacje (meduzy, nie widelce). Meduzy w porzo, jak makaron, tylko bardziej śliskie. Jutro Macau, jeśli nas wpuszczą bez paszportów.

T.

niedziela, 16 stycznia 2011

W Londynie po angielsku się nie rozmawia

First officer's log, Stardate 16012011

Ano nie. Ze 30 różnych języków usłyszeliśmy w ciągu ostatnich dwóch dni, od francuskiego po japoński, ale większości i tak nie byliśmy w stanie rozpoznać. Angielski trafiał się rzadko, a nawet wtedy przeważnie dało się spokojnie wyłapać obcy akcent. I nie mówię tutaj o turystach jak my (cały hostel mówił po hiszpańsku, najazd jakiś?), tylko o ludziach w Londynie pracujących. Knajpy, kantory, hostele, metro, lotniska...tam angielscy pracownicy są w mniejszości. Albo nam się tak akurat trafiło. Nie to, żeby nam to w jakiś sposób przeszkadzało, ale byliśmy ostro zdziwieni. Ciekawe ile z osób, u których zamawialiśmy piwo/żarcie było Polakami :)

A co poza tym? Niezłe żarcie, niezłe piwo, świetnie zorganizowane metro, paskudna pogoda, odciski na stopach (dawno nie chodziliśmy tak intensywnie przez dwa dni, trzeba się rozruszać), United grali akurat w Londynie, ale nie było jako zobaczyć. Ogólnie miło, tylko szybko i męcząco. A jak już byliśmy porządnie zmęczeni, to trzeba było wsiadać do samolotu na 11 godzin domęczania. Miło.
Ale lot nie był taki zły, jeść dali, napoili, filmów do wyboru multum, nawet przykimać się udało. Tylko ciasno cholera było, a do tego średnio wygodnie po kilku godzinach się zrobiło. Ale narzekać nie mamy zamiaru, w końcu sami się tam pchaliśmy.

T.

czwartek, 13 stycznia 2011

Pierwszy post czyli tworzymy bloga

Wybraliśmy jakiś szablon bloga, do niego dobraliśmy kolor czcionki...i właściwie to wszystko. Teraz można zacząć pisać. A jest o czym:)
Wymyśliliśmy, zaplanowaliśmy i już za parę dni ruszamy w wielką eskapadę. Fajnie by  było, ale niestety nie wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Przesyłki się spóźniają, wciąż czekamy na zamówione sandały trekkingowe, których nijak nie można zakupić bezpośrednio w sklepie, kiedy na półkach wciąż panuje sezon zimowy. Mają być w piątek. Wierzę, że dojdą. A my ruszamy w sobotę rano.
Najpierw samochodem na berlińskie lotnisko Schönefeld skąd o 10:45 mamy wylot do Londynu (Luton). Kolejny lot mamy zaplanowany na niedzielny wieczór, zatem te 1,5 dnia do wylotu poświęcimy na ekspresowe zwiedzanie Londynu

A jutro w planach ostatnie zakupy i pakowanie.

E.