niedziela, 10 lipca 2011

Mount Rushmore, Badlands, Rocky Mountains

Piątek 08/07 – Niedziela 10/07

Hrrrum, mamy równo tydzień na umieszczenie na blogu wpisów z całego miesiąca, więc chyba pora na lekkie przyspieszenie. Znaczy publikujemy mniej opisowo, bardziej skrótowo...3-4 dni w jednym poście.

A zatem: w piątek jedziemy przez Wyoming i Południową Dakotę (7 stan) obejrzeć Mt Rushmore, czyli głowy czterech prezydentów wykute w skale.


Byliśmy, zobaczyliśmy, nie zachwyciliśmy się (nie to, że widzieliśmy już wszystko co piękne i nic więcej nas nie rusza, ale poprzednie atrakcje widziane w USA ustawiły poprzeczkę na tyle wysoko, że teraz po każdej nowości oczekujemy naprawdę sporo. Jak to mówią, apetyt rośnie w miarę czegośtam). Dużo to to mniejsze niż w filmach pokazują, do tego skasowali nas $11 za godzinę parkingu. Pfff. Śpimy w Wasta, na kompletnym wypierdziejewie :)

Sobotę spędzamy w parku narodowym Badlands.

Niesamowity pustynno-skalisty krajobraz sięgający aż po horyzont + okrutnie urocze pieski preriowe chowające się przed nami w swoich norkach.


Potem jedziemy przez Nebraskę (8 stan) w kierunku Gór Skalistych. Śpimy w Fort Sidney, wieczorem klepiemy bilety z Londynu do Berlina. A zatem powrót na 7 sierpnia potwierdzony. To był dobry dzień.

W niedzielę wkraczamy do Colorado (9 stan) i zwiedzamy na szybko (2,5 godziny) park narodowy Gór Skalistych.

Biegnie tamtędy najwyżej położona droga w USA, momentami jechaliśmy na wysokości 3600 m n.p.m. Nieźle. Pogoda zmienia się dramatycznie, im wyżej tym zimniej, wokoło leży masa śniegu, coraz trudniej się oddycha (astma na tej wysokości wymiata, hehe). Widoki piękne, szkoda że nie mamy więcej czasu, ale do środy mamy jeszcze do zwiedzenia 4 parki + gazylion mil do przejechania. Wieczorem wracamy do Utah, śpimy w Moab tuż przy parku narodowym Arches.

T.

czwartek, 7 lipca 2011

Yellowstone

Wtorek 05/07 – Czwartek 07/07

Po kilku godzinach jazdy przez Idaho (4 stan) docieramy do małej mieściny w Montanie (5 stan) - Zachodnie Yellowstone, miejsca wypadowego do zachodniej części parku. Nie ma tutaj nic oprócz masy sklepików, restauracji i moteli. Wszystko oczywiście odpowiednio droższe, bo to jedyna namiastka cywilizacji w promieniu wielu mil (jeśli nie liczyć małych wiosek w samym parku, ale tam ceny są po prostu horrendalne) Najbardziej przeraziły nas ceny moteli, bo z setki jakie się tutaj znajdują, tylko kilka miało pokoje poniżej (niewiele) $100 za noc, więc ustaliliśmy, że na noc wracamy 40 mil na południe, gdzie wcześniej znaleźliśmy miejsce na noc za $75. W parku planujemy spędzić 3 dni, więc potrzebujemy co najmniej dwóch noclegów, więc gra warta świeczki.

Sam park znajduje się w większej części w Wyoming (6 stan) jest przeogromny, główna droga w postaci pętelki ma jakieś 250 km i samo przejechanie jej bez żadnych postojów na zwiedzanie zajmuje 4-5 godzin, w zależności od korków, których było od groma, zwłaszcza rano i wieczorem jak każdy wjeżdżał/wyjeżdżał z parku, albo jak stado bizonów zdecyduje się przekroczyć drogę (2 dni wcześniej cieszyliśmy się jak dzieci, kiedy udało nam się nakręcić bizona przechadzającego się tuż przed autem, a tutaj pół godziny po wjeździe do parku natknęliśmy się na całe stado leniwie podążające w stronę drogi. Kiedy już zdecydowały się ją przekroczyć jeden ze strażników zatrzymał cały ruch kilkadziesiąt metrów od nich, samemu chowając się za drzwi samochodu, pewnie żeby nie prowokować bestii. My, z aparatem w dłoni i uśmiechem na pyszczku staliśmy może 20 metrów od najbliższych bizonów. Ależ fajne z nich zwierzaki ;))


Yellowstone podzielone jest na 5 części, każda zupełnie inna niż pozostałe. My zwiedzanie zaczęliśmy od gejzerów, których są tutaj setki. Jedne malutkie, plujące wodą na kilkanaście centymetrów, inne przeogromne, wystrzeliwujące wodę nawet na kilkadziesiąt metrów w górę. Nam udało się zobaczyć jak strzelają oba największe: Old Faithful i Great Fountain. Ten drugi tryska wodą w odstępie kilkunastu godzin, więc kolejny raz mieliśmy dużo szczęścia (Old Faithful strzela regularnie co 100 minut, więc tutaj nie było problemu).Wrażenie niesamowite, gejzer nagle ożywa i zaczyna buchać parą, by po kilku minutach zacząć tryskać gorącą wodą. Zwiedzanie kończymy o zachodzie słońca i wracamy do Zachodniego Yellowstone, gdzie przez przypadek znajdujemy pominięty wcześniej przez nas motel z pokojem za „jedyne” $70 za noc. Ponad $25 więcej niż średnio płacimy za pokój, a my i tak czujemy się jakbyśmy odkopali skarb na pustyni, hehe.


W środę zwiedzamy kolejne 2 części Yellowstone, tym razem gorące źródła Mammoth z przepięknymi formacjami skalnymi i oczkami wodnymi oraz Tower – Roosevelt z zielonymi łąkami, lasami i potokami. Dziś poza kolejnym stadem bizonów udało nam się zobaczyć łosie, sarny, świstaki, masę wiewiórek, wilka albo kojota (nie wiemy co to, bo biegał po łące spory kawałek od nas) i małego niedźwiadka grizzly, niestety z bardzo daleka i krótko, bo skubaniec schował się za drzewo a strażnicy nie pozwolili nikomu podejść bliżej niż jakieś 70 metrów (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że w tym samym czasie w innej części parku niedźwiedzica zabiła turystę, gdyż ten przypadkowo znalazł się bardzo blisko jej malucha…brrrr).


W czwartek zwiedzamy część z ogromnym kanionem, jeziorami i wodospadami, wieczorem opuszczamy park wschodnim wyjściem. Trzy dni zwiedzania, a my czujemy, że i tak sporo ominęliśmy, a to oznacza, ze jeszcze kiedyś tu wrócimy, hehe. Na noc zostajemy w mieście Buffalo Billa – Cody.





T.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Nevada + Utah

Niedziela 03/07 – Poniedziałek 04/07

Wczoraj ukradkiem uciekliśmy z Californii i znaleźliśmy się w Nevadzie, drugim stanie na trasie naszej wędrówki. Cała Nevada to praktycznie ogromna pustynia, czeka nas kilkaset mil pustej i rozciągającej się w nieskończoność autostrady, po drodze mijamy jedynie kilka małych mieścinek. Upał straszny, grubo ponad 30 stopni, nawet późnym wieczorem. Dwie godziny poświęcamy na park narodowy Great Basin, który mimo że całkiem ładny, to nie robi na nas wielkiego wrażenia, bo świeżo w pamięci mamy nadal dwa dni spędzone w Yosemite.
Po południu przedostajemy się do kolejnego stanu – Utah. Pustynia nie odpuszcza i kolejnych kilka godzin jedziemy wciąż przez pustkę. Dopiero na północy stanu, bliżej Salt Lake City krajobraz ulega zmianie, pojawia się coraz więcej miast i samochodów na drodze. Wieczorem długo nie możemy znaleźć motelu i w końcu jesteśmy zmuszeni zostać, w bardzo drogim jak na naszą kieszeń, „sieciowym” motelu w miejscowości Hiszpański Widelec, hehe.

W poniedziałek jedziemy zwiedzać Salt Lake City. Nie wiemy, czy to przez święto niepodległości, czy może to miasto zawsze tak wygląda, ale na ulicach pustki, wszystko pozamykane, nigdzie żywej duszy. Godzinkę kręcimy się po centrum, robimy kilka zdjęć i kierujemy się w stronę leżącej na słonym jeziorze ogromnej wyspy Antylopy. Na wyspie po raz pierwszy spotykamy potężne bizony, jeden przechodzi przez drogę tuż przed naszym samochodem (chyba się nawet otarł o maskę), niesamowite wrażenie.


Po samym słonym jeziorze spodziewaliśmy się troszkę czegoś innego. Nie to, że nam się nie podobało, bo widoki super, ale im bliżej brzegu podchodziliśmy, tym bardziej śmierdziało, a jedyna próba kąpieli zakończyła się szybką ewakuacją do auta ze względu na tysiące much wypoczywających na piasku. Nic to, nakąpaliśmy się za wszystkie czasy przez ostatnie kilka miesięcy. Popołudniem jedziemy dalej na północ w kierunku Yellowstone, śpimy w Pocatello, gdzie doświadczamy pierwszej ulewy w USA. Na szczęście byliśmy akurat w motelu szykując się do polowania na kolację. W ciągu 20 minut spadło tyle wody, że na drogach stały głębokie na kilkadziesiąt centymetrów kałuże, a mniejsze uliczki stały się nieprzejezdne. Nasze autko bardzo ucieszyło się z darmowego mycia, bo po kilku dniach na pustyni wyglądało potwornie :)



T.

PS: Okrutnie spóźniona druga część zdjęć z Azji właśnie dotarła. Klik

sobota, 2 lipca 2011

Yosemite

Piątek 01/07 – Sobota 02/07

Do parku docieramy około 16, przy bramie kupujemy przepustkę roczną ważną na wszystkie parki narodowe w USA (i to dla 4 osób) za jedyne $80. Biorąc pod uwagę, że za sam wjazd do Yosemite musielibyśmy zapłacić $20 i że zamierzamy zwiedzić co najmniej 10 parków, cena wydaje nam się bardziej niż przyzwoita.
Park już na wstępie zrobił na nas ogromne wrażenie. Kilkaset mil dróg, wszystkie elegancko utrzymane i oznakowane. Do każdej atrakcji da się spokojnie dojechać samochodem, ale dla lubiących świeże powietrze masa szlaków i tras rowerowych. Wszędzie ogromne rzesze ludzi, wszystkie miejsca kempingowe i pokoje w ośrodkach pozajmowane. Przez weekend przewinęło się tam pewnie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. A co do zobaczenia w parku?
Przeogromne góry, zielone doliny, gigantyczne wodospady, ciągnące się w nieskończoność lasy i łąki, do tego kilka jezior, rzek, nawet lodowiec mają. Nawet w tydzień ciężko by było zwiedzić to miejsce gruntownie, a my mamy tutaj tylko 2 dni. Dlatego z parku wyjeżdżamy już po zmroku i udajemy się na zasłużony odpoczynek w naszym wypasionym namiocie (spało się naprawdę nieźle, chyba najprzyjemniejszy nocleg w Stanach).


W sobotę jedziemy zwiedzać północną część parku gdzie główną atrakcją jest gigantyczna tama, której postawienie utworzyło przepiękny kanion i sporych rozmiarów jezioro. Po zwiedzeniu tamy kierujemy się w kierunku drogi zwanej Tioga Pass, która biegnie przez cały park i wybija po jego drugiej stronie już w Nevadzie. Droga ta przejezdna jest tylko kilka miesięcy w roku (przeważnie od maja do października, w 1980 roku dopiero w lipcu), przez resztę czasu przejazd blokuje śnieg. Nawet teraz, na początku lipca, kiedy temperatura grubo przekracza 30 stopni, w wielu miejscach nadal zalegają ogromne masy śniegu. Pierwszy raz biegaliśmy po nim w klapkach i w pocie czoła ;) Po przejechaniu całego parku (co zajęło ponad 3 godziny mimo tylko 50 mil…ach te postoje na zdjęcia co kilka minut) kierujemy się w stronę słonego jeziora Mono gdzie szwędamy się jakiś czas podziwiając dziwaczne formacje skalne będące efektem działania wulkanicznego (tak nam się przynajmniej pamięta). Na noc zostajemy w mieścinie o nazwie Tonopah.


T.

piątek, 1 lipca 2011

Podróżowanie po Stanach


Wygląda to wszystko super i dużo taniej niż się spodziewaliśmy, zwłaszcza po dwóch miesiącach w okrutnie drogiej Australii i Nowej Zelandii.

Zacznijmy od transportu. Autko prowadzi się super, nigdy jeszcze nie podróżowaliśmy w takim komforcie (pierwszy raz w życiu mam do dyspozycji tempomat z którego z rozkoszą korzystam na autostradach) , a do tego pali jedyne 7 litrów na 100km, co jest wynikiem niesamowitym jak na lokalne warunki, bo większość ich samochodów pożera ogromne ilości paliwa. Benzyna kosztuje około $3,5 za galon (na pustkowiu czasem żądają prawie $4, ale za to w większych miastach cena spada nawet do $3,2), co daje jakieś 2,6 PLN za litr. Ha! A Amerykanie i tak narzekają, że drogo jak szlag, bo nie tak dawno płacili $2 za galon. Niesamowite. Drogi mają tutaj super, sieć autostrad ogromna i utrzymana w świetnym stanie. Ruch przeważnie bardzo płynny, jedynie w dużych miastach zdarzyło nam się kilka razy stać w korku.

Motele eleganckie i w bardzo dużych ilościach, więc bez problemu można coś znaleźć bez żadnych rezerwacji. Za pokój płacimy przeważnie $40-$50 za noc, w pobliżu parków narodowych i innych atrakcji życzą sobie kilka $ więcej, w dużych miastach i na wypierdziejewie można znaleźć pokój już za $30. W każdym pokoju jest ogromne (poważnie, kwadratowe bydle czasem 2x2 metry) wyrko, telewizor, mały stolik z krzesłami i łazienka. Przeważnie mamy też lodówkę i mikrofale, czasem w pełni wyposażoną kuchnie z piecykiem i naczyniami. Wszystko czyste i schludne, ręczniki i pościel zawsze świeżo wyprana i pachnąca, żadnych mrówek czy innego robactwa. Do tego darmowy Internet i śniadanie w postaci pączków i kawy, czasem płatki i mleko. Bardzo to wszystko przyjemne, zwłaszcza po 2 miesiącach spania w aucie i kąpieli w zimnej wodzie/jeziorze. W każdym pokoju czeka na nas kilka małych mydełek i szamponów, E nazbierała ich już całą torbę ;)

Jedzenie też super. W supermarketach ceny wielu produktów zbliżone do Polski, spora część tańsza. Restauracji i fast-foodów od groma, codziennie próbujemy nowych rzeczy. Jednego dnia hamburger z frytkami, kolejnego burito z czerwoną fasolą, kolejnego sałatka z kurczakiem. Wszystko tanie i całkiem smaczne, na razie najbardziej smakuje nam pizza pepperoni z sieci U Małego Cezara, atakowaliśmy to miejsce już 3 razy i ani razu nie udało nam się zjeść całej pizzy na raz, a kosztuje tylko $6. Jedyny minus to nasze stale powiększające się gabaryty, część ubrań już na nas nie pasuje, reszta mocno ciśnie ;)

T.

W drodze do i z San Francisco

Środa 29/06 – Piątek 01/07

W środę kierujemy się dalej na północ wzdłuż oceanu. Cały trasa jest bardzo malownicza z wieloma punktami widokowymi i częstym dostępem do plaży. Na jednej z takich plaż udało nam się poobserwować stado ogromnych, leniwych jak szlag, prześlicznych fok wygrzewających się na piasku i robiących dosłownie nic. Nawet zakopywanie się w piasku robiły leniwie. Świetne stwory. Na noc dojeżdżamy do mieścin o nazwie Seaside.


W czwartek dojeżdżamy w końcu do San Francisco, kilka godzin spędzamy na zwiedzaniu centrum i jeździe po tych niesamowicie stromych ulicach. Alcatraz zwiedzać nie płyniemy, bo i tak jesteśmy już dzień do tyłu w stosunku do pierwotnego planu. Jedziemy za to przez legendarny czerwony most Golden Gate przy okazji stając na specjalnym punkcie widokowym. Spore mościsko, naprawdę zrobił na nas wrażenie. Noc spędzamy kilkadziesiąt mil za SF w Modesto kierując się w stronę pierwszego na naszej liście parku narodowego – Yosemite.

W piątek po kilku godzinach jazdy dojeżdżamy do miasteczka o nazwie Groveland, które leży niecałe 40 mil od parku i jest ostatnią bazą noclegową dla ludzi, którzy nie chcą spać w parku. My nie tle nie chcemy, co nas nie stać, bo 1 noc w parku kosztuje normalnie kilkaset $, ale biorąc pod uwagę, że właśnie zaczął się najważniejszy długi weekend w roku (w poniedziałek Ameryka świętuje dzień niepodległości), pokoje osiągają zawrotne wręcz ceny. Szczęśliwie udaje nam się zaklepać sobie nocleg w namiocie za „jedyne” $44. Szczęśliwie, bo w innych miejscach albo wszystko było już zajęte, albo ceny nie schodziły poniżej $100. Namiocik elegancki, spokojnie zmieściłyby się w nim 4 osoby (2 ogromne materace), do tego świeżutka pościel, ręczniki, prąd i Internet. Prysznic i grill 20 metrów obok. Znaczy prawie jak w normalnym motelu, tylko ściany cieńsze i sufitu nie ma :)




T.