Czyli w 7 miesięcy dookoła świata. Berlin - Londyn - Hong Kong - Chiny - Wietnam - Kambodża - Laos - Tajlandia - Malezja - Singapur - Australia - Nowa Zelandia - Fiji - Wyspy Cook'a - USA - Kanada - Londyn - Berlin
piątek, 10 czerwca 2011
Auckland
środa, 8 czerwca 2011
Bay of Plenty – Coromandel - Whangarei
niedziela, 5 czerwca 2011
Taupo - Rotorua
Nad całym parkiem unosi się para (pachnąca zgniłymi jajeczkami, naturalnie) i trzeba uważać gdzie się staje, żeby nie stopić sobie butów. Za dodatkową opłatą można skorzystać z kąpieli w kilku basenach wypełnionych gorącą wodą, ale my mamy dosyć gorących źródeł po wczorajszej kąpieli.
piątek, 3 czerwca 2011
Jaskinie Waitomo i wulkaniczna sceneria Tongariro
Na początek krótkie „warto wiedzieć”: wybierając się do Jaskiń Waitomo warto wcześniej rozejrzeć się za kuponami zniżkowymi w lokalnych broszurkach turystycznych lub też rezerwować wycieczki z 12godzinnym wyprzedzeniem, bo można wówczas oszczędzić nawet do 25% ceny biletu. My mieliśmy takie zniżki w postaci voucherów od Spaceshipa, gdzie przy zakupie wycieczki przygodowej (typu tubing w jaskiniach, skakanie z wodospadów, black-water rafting itp.) druga osoba wchodzi za darmo, jednakże chyba wymiękliśmy (znaczy się nie chcieliśmy się pomoczyć hehe) i w końcu wykupiliśmy zwykłą wycieczkę, która obejmowała zwiedzanie 2 jaskiń (Glow-worm i Ruakuri) za $79 od osoby. Może nie zaznaliśmy przygody, ale same oglądanie jaskiń miło wspominamy. Jaskinia Ruakuri, o czym warto wspomnieć, to jedyna jaskinia w okolicy, którą dostosowano do potrzeb inwalidów. Wejście i wszystkie ścieżki są wybetonowane, aby dostać się na sam dół do paszczy jaskini trzeba pokonać spiralnie wijącą się ścieżkę, która okręgami schodzi niżej i niżej. W samej jaskini trochę świecących robali i sporo przeróżnych formacji skalnych. Główną atrakcją drugiej jaskini jest natomiast pływanie przez jej kanały łódką w całkowitych ciemnościach, gdzie nad głowami widać światełka tysięcy małych robaczków (stąd też nazwa jaskini – Jaskinia Świecących Robali hehe). Człowiek ma takie uczucie, jakby niebo zawisło metr nad jego głową. Szkoda że nie mamy żadnych zdjęć do pokazania z tej wyprawy, gdyż w jaskini tej obowiązuje zakaz ich robienia. Inaczej robaczki by się wystraszyły flesza i przestawałyby świecić na dobre kilka godzin. No a wtedy co by oglądali kolejni turyści.
Po jaskiniach udajemy się zwiedzać kolejne góry, tym razem wulkaniczne okolice wokół Tongariro i góry Ruapehu.
Z tego co wyniuchaliśmy w sieci, to właśnie to miejsce posłużyło za Mordor w ekranizacji „Władcy Pierścieni”. Przepiękne miejsce, bardzo klimatyczne, zwłaszcza jak wokoło nie ma prawie ludzi. Na zdjęciach widać, że lokalizacja na Mordor wybrana idealnie. Na noc udajemy się do miasteczka Taupo na bezpłatny parking i małe zakupy.
E. T
P.S. Przepraszamy za kolejną przerwę w blogowaniu, ale jakoś nie możemy się zmusić do pisania, a do tego wena jakoś poszła w siną dal. Za to załączyliśmy pierwsze zdjęcia z Ameryki. Do obejrzenia tutaj: http://picasaweb.google.com/tw.skiba
Prosiemy.
czwartek, 2 czerwca 2011
Autostradą Zapomnianego Świata do Góry Taranaki
Góra zostaje oczywiście uwieczniona na kilkunastu fotkach, a my decydujemy się kierować na północ kraju, by jeszcze przed zmrokiem dotrzeć w okolice słynnych Jaskiń Waitomo, które chcemy zwiedzać jutro z samego rana. T. koncentruje się na jeździe, a ja przeszukuję nasze liczne przewodniki w poszukiwaniu taniego miejsca noclegowego, które wypada na polu kempingowym w Te Kuiti ($20 za 2 osoby czyli naprawdę tanio jak na nowozelandzkie klimaty).
środa, 1 czerwca 2011
Park Narodowy Abel Tasman + Wellington
Niestety nie mamy czasu na prawdziwe, kilkudniowe zwiedzanie tego przepięknego miejsca i musimy zadowolić się kilkugodzinną wędrówką nad brzegiem morza tasmańskiego. Widoki, jak zwykle, niesamowite. Tym razem zamiast gór i jezior oglądamy zatoki i wysepki, wszystko porośnięte bujną roślinnością.
Sam szlak nie był specjalnie trudny ani wymagający, ale po pięciu godzinach i dwudziestu kilometrach mamy go serdecznie dość i z ulgą wsiadamy do auta. Rozleniwiliśmy się, cholera. Na noc jedziemy w pobliże miejscowości Picton, gdzie na jutrzejszy poranek zarezerwowaliśmy sobie przeprawę promową na północną wyspę.
Na noc zatrzymujemy się niedaleko miejscowości o nazwie Park Narodowy, gdzie spotykamy parę będącą na identycznej wyprawie jak nasza. Te same bilety, ta sama cena, byli wszędzie tam gdzie byliśmy my, jadą tam gdzie będziemy. Nieźle.
poniedziałek, 30 maja 2011
Lodowce Foxa i Franza Josefa + Pancakes Rocks
Dziś z samego rana idziemy zwiedzać dwa lodowce, oddalone od siebie o jakieś 30 kilometrów. Żadne z nas nigdy nie było na lodowcu i nie bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać. Poza górą lodu. I to właśnie zobaczyliśmy na obu lodowcach. Mniej więcej. Oczywiście do tego obowiązkowe góry z każdej strony, tym razem w połączeniu z wodospadami, jeziorem i rzeką. Znaczy piknie, tylko cholera nie ma jak tego opisać za bardzo. Na szczęście zdjęcia już są, więc nie muszę się produkować, hehe. Łącznie łaziliśmy dobre 4 godziny, bo poza bezpośrednim dojściem do obu lodowców zrobiliśmy też kilka pobliskich szlaków oferujących widoki z innej strony. W miasteczku, w którym spędziliśmy noc można było wykupić całodniową wycieczkę na sam lodowiec i połazić po lodowych jaskiniach i tego typu rzeczach, ale nas jakoś nie ciągnęło. Poza tym, czas gonił.
Po południu udajemy się dalej na północ, dziś chcemy jeszcze obejrzeć słynne skały naleśnikowe. Po drodze, na jednym z punktów widokowych, spotykamy pierwszych w NZ Polaków (siedmioro), którzy przyjechali tu na 9-dniowy urlop i chcą zobaczyć wszystko co się da. My mamy trzy tygodnie i wiemy, że to dużo za mało, a zatem powodzenia. Do naleśników docieramy dopiero godzinę przed zachodem słońca, na szczęście zwiedzania nie ma dużo. Czemu skały naleśnikowe? Bo wyglądają jak ułożone na sobie warstwy naleśników. Znowu ciężko mi się to opisuje, siedzę i gapię się w ekran już dobre 10 minut. Do zdjęć marsz!
Na noc zatrzymujemy się na tanim parkingu niedaleko miasteczka Lydl. Znowu jesteśmy sami, ale już nam to nie przeszkadza. Aha, dziś była nasza druga rocznica. Tym co pamiętali - dziękujemy. Tym co nie - a żeby Was tak lumbago wykręciło, dranie :)
niedziela, 29 maja 2011
Te Anau – Queenstown – Zachodnie Wybrzeże
Miasteczko prześliczne, położone nad brzegiem ogromnego jeziora, z dwóch stron otoczone masywnymi górami, żadnych wieżowców ani fabryk. Zakochaliśmy się z miejsca. Kiedy już będziemy obrzydliwie bogaci przyjedziemy tutaj na kilka tygodni, a jak będziemy starzy, osiądziemy tutaj na stałe. Dziś już dalej nie jedziemy, bo rano o 6.45 jest MECZ. Znaczy finał LM, a w tutejszym barze będą go pokazywać na żywo. Klasa.
Na noc zafundowaliśmy sobie pobyt na polu kempingowym, który kosztował nas tylko $10 od osoby, czyli 3 więcej niż gdybyśmy zdecydowali się spać na „półdarmowym” parkingu w pobliżu, a to dlatego, że dostaliśmy specjalną zniżkę przysługującą wszystkim jeżdżącym tymi camperami co my. Do tego w cenie dostaliśmy spa i saunę, więc pełen wypas.
piątek, 27 maja 2011
Milford Sound
środa, 25 maja 2011
W drodze na południe – Mt Cook
No i oczywiście owce. Owce. I jeszcze raz owce. Gdzie nie spojrzeć tam owce. Plus do tego owce. Widzieliśmy ich już tysiące, czasem w takich miejscach (np. szczyt bardzo stromo wyglądającej góry) że długo zachodziliśmy w głowę jak się tam dostały. Niektóre kudłate, że nie widać oczu. Niektóre świeżo golone i bardziej podobne do kozy niż do owcy, ale wszystkie jak szalone wcinają trawę. Lepsze niż kosiarki :) Do parkingu przy szlaku na Mt Cook, na którym spędzimy noc docieramy około 17. Pierwszy raz spotykamy się z całkowitym końcem drogi (dalej jechać się nie da, bo góry), co później okazuje się bardzo częste w NZ. Postój kosztuje $6.10 od osoby, za to jest kuchnia ze zlewami i ławkami, a do tego przyzwoita łazienka. W identycznym aucie jak nasze spotykamy dwie, mocno zaawansowane już w latach, Dunki, które od trzech tygodni kempingują sobie w NZ, w wolnym czasie robiąc na drutach. Zaimponował im nasz duński, jak potem przyznały, hehe.
Na wszystko zeszło nam prawie 7 godzin i dziś czasu starczyło już tylko na prysznic i przejechanie 100km do bezpłatnego parkingu w pobliżu miejscowości Omarama. Parking to właściwie za dużo powiedziane, bo był to kawałek pola nad brzegiem rzeki. No i kibelek, naturalnie.