Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Zelandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Zelandia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 czerwca 2011

Auckland

Czwartek 09/06 – Piątek 10/06

Do Auckland dojeżdżamy przed południem, dość dużo czasu zajmuje nam znalezienie parkingu w pobliżu centrum za który nie będziemy musieli płacić fortuny. Dość długo szwędamy się po centrum w poszukiwaniu ostatnich pamiątek, E udaje się w końcu kupić buty z owczej skóry, podobno niesamowicie ciepłe i wygodne. Później zwiedzamy okoliczne wzgórza, na których oczywiście pasą się owce (w centrum miasta, hehe). Na wzgórzu o nazwie Mt Eden znajdował się ogromny krater, pozostałość po dawno wygasłym wulkanie. Widok na miasto niesamowity, niezliczona ilość domków jednorodzinnych położona na przeogromnej przestrzeni. Prawie wcale nie widać bloków mieszkalnych, jedynie kilka biurowców w centrum finansowym. Wieczorem spotykamy się z poznaną w Tajlandii parą „tubylców” którzy zapraszają nas do siebie proponując jednocześnie nocleg, ale grzecznie odmawiamy i po spędzeniu z nimi paru bardzo przyjemnych godzin jedziemy na ostatni kemping w NZ.





Piątek. Znaczy w końcu nadszedł ten wyczekiwany od kilku tygodni dzień, dziś zaczynamy wakacje od naszych wakacji. Rano pakowanie i sprzątanie autka (jak miło, że cały czas lało), potem kolejna paczka do Polski oraz widokówki, które woziliśmy ze sobą od Australii. W południe oddajemy campera (zwrócili nam cały depozyt mimo dwóch dziur po kamyczkach na przedniej szybie, miło) i udajemy się na lotnisko, skąd już za parę godzin lecimy na Fiji. Trochę szkoda nam opuszczać NZ, ale padający nieustannie od 2 dni deszcz znacznie to ułatwia. Na pewno jeszcze tu kiedyś wrócimy, ale tym razem latem.

T.

środa, 8 czerwca 2011

Bay of Plenty – Coromandel - Whangarei

Poniedziałek 06/06 – Środa 08/06

Troszkę nam zbrzydła ta Nowa Zelandia w ostatnich dniach. Pierwsze 10 dni i cała południowa wyspa były naprawdę świetne, ale od przeprawy promowej jakoś to wszystko nijakie nam się wydaje. A może po prostu jesteśmy już zmęczeni ciągłym zwiedzaniem i piękne krajobrazy nie robią już na nas takiego wrażenia jak wcześniej. Do tego zaczęło popadywać, więc łażenie po górach i lasach nie zachęcało.


W poniedziałek udaliśmy się do mieściny Mt Maunganui, gdzie mieliśmy wejść na pobliską górę i podziwiać okolice, ale strasznie lało więc daliśmy sobie spokój. Chwilę pokręciliśmy się tylko po mieście w poszukiwaniu pamiątek i pojechaliśmy dalej na północ w kierunku półwyspu Coromandel.


We wtorek objechaliśmy cały półwysep i udaliśmy się na szlak wzdłuż półwyspu, gdzie podziwialiśmy różniaste formacje skalne i małe zatoczki z niewielkimi plażami. Na pewno dużo lepiej wyglądałoby to wszystko latem, bo można wtedy poleżeć na pisaku i pokąpać się w ocenie, a tak popstrykaliśmy tylko trochę zdjęć i pojechaliśmy dalej. Niestety dziś szczęście nie było po naszej stronie i nie udało nam się dotrzeć do słynnej plaży z gorącą wodą, gdzie za pomocą łopaty można dokopać się do gorącej wody i powygrzewać się w takim dołku. Jest to jednak możliwe tylko na 1-2 godziny przed przypływem, co oznaczało że musielibyśmy czekać grubo ponad 4 godziny.




W środę dojeżdżamy do Auckland, 2 dni szybciej niż wstępnie planowaliśmy, dlatego też nie zostajemy w mieście tylko uderzamy dalej na północ do miasteczka o nazwie Whangarei. Mają tam bardzo przyjemne centrum miasta i kilka fajnych wodospadów. Po południu jedziemy z powrotem w kierunku Auckland, śpimy na polu kempingowym przy samej plaży, gdzie zupełnym przypadkiem (siku się chciało) oglądamy przepiękny wschód słońca.





T.

niedziela, 5 czerwca 2011

Taupo - Rotorua

Sobota 04/06 – Niedziela 05/06

Nasz pierwszy prawdziwie deszczowy dzień w NZ. Po śniadaniu jedziemy obejrzeć znajdujący się w samym centrum miasta wodospad Huka. Robi on na nas niesamowite wrażenie, bo niesie przeogromne ilości wody z niesamowitą prędkością. Potem kupujemy trochę pamiątek w centrum i na 14 jedziemy na otwarcie tamy. W ciągu 10 minut w suchym kanionie powstała rwąca rzeka z pięknym zakolem w sam raz do pływania w lecie. Imponujące. Na koniec dnia udajemy się do miejskiego parku gdzie płynie gorące źródło, a właściwie mała rzeczka. W kilku miejscach mieszała się ona z zimną wodą i tworzyła małe baseniki z przyjemnie gorącą wodą do których można było wchodzić. Mimo zimna i padającego deszczu ledwo udało nam się znaleźć trochę miejsca. Przemiłe uczucie, kiedy na głowę pada deszcz, a całym ciałem człowiek zanurza się do cudownie ciepłej wody. Relaksowaliśmy się tak dobre pół godziny, potem zrobiło się już za gorąco i trzeba było wychodzić. Na noc jedziemy na ten sam bezpłatny parking co dzień wcześniej. Był to nasz najbardziej leniwy dzień od dobrych kilku tygodni.

W niedzielę jedziemy do miasteczka o nazwie Rotorua, sławnego na całym świecie ze swojej wulkanicznej scenerii. No i z tego, że wszędzie śmierdzi zgniłymi jajkami (przez gejzery i gorące bajorka). Smród nie do opisania, po paru minutach nos się buntuje i zatyka, ale każdy powrót do auta oznacza kolejną dawkę zapachów po wyjściu na powietrze. Zwiedzamy park wulkaniczny o nazwie Brama Piekła (śmierdzi jeszcze bardziej), gdzie oglądamy kraterowe jeziorka, buchające gorącą parą strumyki i małe oczka wodne z gotującą się błotnistą wodą. W najgorętszym miejscu woda ma 144 stopnie, znaczy jak w prawdziwym piekle.



Nad całym parkiem unosi się para (pachnąca zgniłymi jajeczkami, naturalnie) i trzeba uważać gdzie się staje, żeby nie stopić sobie butów. Za dodatkową opłatą można skorzystać z kąpieli w kilku basenach wypełnionych gorącą wodą, ale my mamy dosyć gorących źródeł po wczorajszej kąpieli.

Po południu jedziemy spróbować Zorbingu, czyli zjazdu z górki w ogromnej kuli wypełnionej - ciepłą, bo zima - wodą. Raz zjechaliśmy w kuli razem, dwa razy osobno, za każdym razem innym torem. Raz prostym torem z dość dużą prędkością, raz wolniutko, zygzakami, ostatni raz po bardzo stromym zboczu. Uczucie jak w parku wodnym, tylko bardziej człowiekiem rzuca po wszystkich ścianach. Cały zjazd trwa króciutko, bo tylko niecałą minutę, ale zabawa naprawdę świetna. Na noc jedziemy na pole kempingowe w mieścinie o nazwie Matata, bo baterie do aparatu koniecznie potrzebują prądu.

T.

PS: Kolejne zdjęcia z USA załączone: klik

piątek, 3 czerwca 2011

Jaskinie Waitomo i wulkaniczna sceneria Tongariro

Piątek 03/06

Na początek krótkie „warto wiedzieć”: wybierając się do Jaskiń Waitomo warto wcześniej rozejrzeć się za kuponami zniżkowymi w lokalnych broszurkach turystycznych lub też rezerwować wycieczki z 12godzinnym wyprzedzeniem, bo można wówczas oszczędzić nawet do 25% ceny biletu. My mieliśmy takie zniżki w postaci voucherów od Spaceshipa, gdzie przy zakupie wycieczki przygodowej (typu tubing w jaskiniach, skakanie z wodospadów, black-water rafting itp.) druga osoba wchodzi za darmo, jednakże chyba wymiękliśmy (znaczy się nie chcieliśmy się pomoczyć hehe) i w końcu wykupiliśmy zwykłą wycieczkę, która obejmowała zwiedzanie 2 jaskiń (Glow-worm i Ruakuri) za $79 od osoby. Może nie zaznaliśmy przygody, ale same oglądanie jaskiń miło wspominamy. Jaskinia Ruakuri, o czym warto wspomnieć, to jedyna jaskinia w okolicy, którą dostosowano do potrzeb inwalidów. Wejście i wszystkie ścieżki są wybetonowane, aby dostać się na sam dół do paszczy jaskini trzeba pokonać spiralnie wijącą się ścieżkę, która okręgami schodzi niżej i niżej. W samej jaskini trochę świecących robali i sporo przeróżnych formacji skalnych. Główną atrakcją drugiej jaskini jest natomiast pływanie przez jej kanały łódką w całkowitych ciemnościach, gdzie nad głowami widać światełka tysięcy małych robaczków (stąd też nazwa jaskini – Jaskinia Świecących Robali hehe). Człowiek ma takie uczucie, jakby niebo zawisło metr nad jego głową. Szkoda że nie mamy żadnych zdjęć do pokazania z tej wyprawy, gdyż w jaskini tej obowiązuje zakaz ich robienia. Inaczej robaczki by się wystraszyły flesza i przestawałyby świecić na dobre kilka godzin. No a wtedy co by oglądali kolejni turyści.

Po jaskiniach udajemy się zwiedzać kolejne góry, tym razem wulkaniczne okolice wokół Tongariro i góry Ruapehu.

Z tego co wyniuchaliśmy w sieci, to właśnie to miejsce posłużyło za Mordor w ekranizacji „Władcy Pierścieni”. Przepiękne miejsce, bardzo klimatyczne, zwłaszcza jak wokoło nie ma prawie ludzi. Na zdjęciach widać, że lokalizacja na Mordor wybrana idealnie. Na noc udajemy się do miasteczka Taupo na bezpłatny parking i małe zakupy.

E. T

P.S. Przepraszamy za kolejną przerwę w blogowaniu, ale jakoś nie możemy się zmusić do pisania, a do tego wena jakoś poszła w siną dal. Za to załączyliśmy pierwsze zdjęcia z Ameryki. Do obejrzenia tutaj: http://picasaweb.google.com/tw.skiba

Prosiemy.

czwartek, 2 czerwca 2011

Autostradą Zapomnianego Świata do Góry Taranaki

Czwartek 02/06

Dzisiejszy poranek przywitał nas mrozem. T. na szczęście tak nas wczoraj fajnie zaparkował, pośród bujnej roślinności, co uchroniło nasze szyby przed przymarznięciem. Nasi sąsiedzi nie mieli jednak tyle szczęścia, więc przed ruszeniem w drogę czekało ich niezłe skrobanie. Po śniadaniu zajechaliśmy do miasteczka Park Narodowy, by się tam trochę odświeżyć. Najprościej mówiąc prysznic od czasu do czasu wziąć trzeba, a za tę przyjemność skasowano nas 10 dolców. Przyzwoicie odświeżeni ruszamy w drogę. Aby dotrzeć do Góry Taranaki – tej właśnie która widnieje na okładce przewodnika Lonley Planet - czeka nas 200km do przejechania, z tego ¾ po Autostradzie Zapomnianego Świata. Oczywiście mogliśmy wybrać inną drogę „łatwiejszą w obsłudze”, bez tych licznych serpentyn, nagłych łuków, stromych zboczy, ale ta autostrada już samą nazwą nas przyciągnęła. Malowniczo położona wśród zielonych wzgórz i pagórków, na których pasą się stadami białe owieczki. Klimaty jak z bajki.


Autostrada doprowadza nas do miejscowości Stratford, z której pozostaje rzut beretem do wspomnianej góry, co ciekawe do samego podnóża góry prowadzi normalna asfaltowa droga, którą pokonujemy samochodem. Na miejscu wybieramy się w krótki szlak, bo silny wiatr i mroźna pogoda nie zachęcają do dłuższych przechadzek.

Góra zostaje oczywiście uwieczniona na kilkunastu fotkach, a my decydujemy się kierować na północ kraju, by jeszcze przed zmrokiem dotrzeć w okolice słynnych Jaskiń Waitomo, które chcemy zwiedzać jutro z samego rana. T. koncentruje się na jeździe, a ja przeszukuję nasze liczne przewodniki w poszukiwaniu taniego miejsca noclegowego, które wypada na polu kempingowym w Te Kuiti ($20 za 2 osoby czyli naprawdę tanio jak na nowozelandzkie klimaty).

E.

środa, 1 czerwca 2011

Park Narodowy Abel Tasman + Wellington

Wtorek 31/05 – Środa 01/06

Na wtorek zaplanowaliśmy sobie kilka godzin szwędania się po jednym z większych, słynniejszych i najbardziej przechodzonych parków narodowych – Abel Tasman.



Niestety nie mamy czasu na prawdziwe, kilkudniowe zwiedzanie tego przepięknego miejsca i musimy zadowolić się kilkugodzinną wędrówką nad brzegiem morza tasmańskiego. Widoki, jak zwykle, niesamowite. Tym razem zamiast gór i jezior oglądamy zatoki i wysepki, wszystko porośnięte bujną roślinnością.






Sam szlak nie był specjalnie trudny ani wymagający, ale po pięciu godzinach i dwudziestu kilometrach mamy go serdecznie dość i z ulgą wsiadamy do auta. Rozleniwiliśmy się, cholera. Na noc jedziemy w pobliże miejscowości Picton, gdzie na jutrzejszy poranek zarezerwowaliśmy sobie przeprawę promową na północną wyspę.

Wstajemy grubo przed świtem, bo przed 7 musimy być na miejscu, a do przejechania mamy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Sama przeprawa bez żadnych problemów, niewiele ponad 3 godziny i jesteśmy w Wellington. Ja chyba dalej mam uraz do pływania po wyprawie na Rafę w Australii, bo mimo braku poważnego kołysania czułem się średnio. Znaczy marynarzem chyba nie zostanę. W Wellington zostajemy tylko kilka godzin, nadal nie przepadamy za dużymi miastami, a do tego masa jednokierunkowych ulic doprowadzała nas do szału. Jedziemy kilkaset kilometrów na północ w kierunku miasteczka Whanganui, po drodze oglądając przeurocze doliny i rzeki.


Na noc zatrzymujemy się niedaleko miejscowości o nazwie Park Narodowy, gdzie spotykamy parę będącą na identycznej wyprawie jak nasza. Te same bilety, ta sama cena, byli wszędzie tam gdzie byliśmy my, jadą tam gdzie będziemy. Nieźle.

T.

poniedziałek, 30 maja 2011

Lodowce Foxa i Franza Josefa + Pancakes Rocks

Poniedziałek 30/05

Dziś z samego rana idziemy zwiedzać dwa lodowce, oddalone od siebie o jakieś 30 kilometrów. Żadne z nas nigdy nie było na lodowcu i nie bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać. Poza górą lodu. I to właśnie zobaczyliśmy na obu lodowcach. Mniej więcej. Oczywiście do tego obowiązkowe góry z każdej strony, tym razem w połączeniu z wodospadami, jeziorem i rzeką. Znaczy piknie, tylko cholera nie ma jak tego opisać za bardzo. Na szczęście zdjęcia już są, więc nie muszę się produkować, hehe. Łącznie łaziliśmy dobre 4 godziny, bo poza bezpośrednim dojściem do obu lodowców zrobiliśmy też kilka pobliskich szlaków oferujących widoki z innej strony. W miasteczku, w którym spędziliśmy noc można było wykupić całodniową wycieczkę na sam lodowiec i połazić po lodowych jaskiniach i tego typu rzeczach, ale nas jakoś nie ciągnęło. Poza tym, czas gonił.

Po południu udajemy się dalej na północ, dziś chcemy jeszcze obejrzeć słynne skały naleśnikowe. Po drodze, na jednym z punktów widokowych, spotykamy pierwszych w NZ Polaków (siedmioro), którzy przyjechali tu na 9-dniowy urlop i chcą zobaczyć wszystko co się da. My mamy trzy tygodnie i wiemy, że to dużo za mało, a zatem powodzenia. Do naleśników docieramy dopiero godzinę przed zachodem słońca, na szczęście zwiedzania nie ma dużo. Czemu skały naleśnikowe? Bo wyglądają jak ułożone na sobie warstwy naleśników. Znowu ciężko mi się to opisuje, siedzę i gapię się w ekran już dobre 10 minut. Do zdjęć marsz!

Na noc zatrzymujemy się na tanim parkingu niedaleko miasteczka Lydl. Znowu jesteśmy sami, ale już nam to nie przeszkadza. Aha, dziś była nasza druga rocznica. Tym co pamiętali - dziękujemy. Tym co nie - a żeby Was tak lumbago wykręciło, dranie :)



T.

niedziela, 29 maja 2011

Te Anau – Queenstown – Zachodnie Wybrzeże

Sobota 28/05 – Niedziela 29/05

W drodze powrotnej z południa zatrzymujemy się w miejscowości Te Anau. Głównie po prysznic, bo parę dni już minęło od ostatniej kąpieli, hehe, ale też przy okazji robimy pranie i na ładnych parę godzin melinujemy się w miejskiej bibliotece, bo mają tutaj darmowy Internet. Yes, yes. I tak w trzy godzinki jesteśmy umyci, oprani, a w tym czasie do sieci fruną sobie zdjęcia. Miło. Potem jedziemy kolejne dwie godzinki do malowniczej mieściny o nazwie Queenstown.


Miasteczko prześliczne, położone nad brzegiem ogromnego jeziora, z dwóch stron otoczone masywnymi górami, żadnych wieżowców ani fabryk. Zakochaliśmy się z miejsca. Kiedy już będziemy obrzydliwie bogaci przyjedziemy tutaj na kilka tygodni, a jak będziemy starzy, osiądziemy tutaj na stałe. Dziś już dalej nie jedziemy, bo rano o 6.45 jest MECZ. Znaczy finał LM, a w tutejszym barze będą go pokazywać na żywo. Klasa.

Śpimy 12 km od miasta i po wczesnej pobudce o 6.30 meldujemy się (właściwie to ja się melduję, bo E poszła spać na parkingu, hehe) pod barem. A tam ze 200 osób. Masakra! Myślałem, że ze mną mecz obejrzy może parenaście osób, a tu tłumy. Sympatie podzielone mniej więcej równo, może z lekką przewagą kibiców MU. Ale się darliśmy jak Roo wyrównał na 1:1. Potem już byliśmy cicho, bo jak było każdy wie. Ech.

Po śniadaniu jedziemy w stronę zachodniego wybrzeża, gdzie zamierzamy połazić po dwóch lodowcach. Po drodze znowu zaliczamy kilkanaście przystanków na zdjęcia, bo droga, jak zwykle zresztą, dostarcza niesamowitych widoków.




Na noc zafundowaliśmy sobie pobyt na polu kempingowym, który kosztował nas tylko $10 od osoby, czyli 3 więcej niż gdybyśmy zdecydowali się spać na „półdarmowym” parkingu w pobliżu, a to dlatego, że dostaliśmy specjalną zniżkę przysługującą wszystkim jeżdżącym tymi camperami co my. Do tego w cenie dostaliśmy spa i saunę, więc pełen wypas.



T.

piątek, 27 maja 2011

Milford Sound

Czwartek 26/05 – Piątek 27/05

Kolejnym punktem na naszej trasie jest Milford Sound, czyli ogromny fiord na zachodnim wybrzeżu do którego mamy dobre kilkaset kilometrów. Po drodze zatrzymujemy się w miejscowości Wanaka, gdzie wspinamy się na górę Iron, skąd rozciąga się niesamowity widok na pobliskie doliny. Potem jedziemy dalej na południe, mijamy Queenstown (jeszcze tu wrócimy) i Te Anau (tu też). Mijamy też najdłuższe w NZ jezioro Wakatipu. Po drodze ta sama sytuacja co wcześniej, tylko dużo bardziej. Co pięć minut stajemy robić zdjęcia, do tego E. przez większość trasy pstryka fotki przez szybę. Pagórki i wzgórza są tak bajkowe, że co jakiś czas spodziewamy się zobaczyć wałęsającego się po nich Hobbita, albo innego baśniowego stwora. W tym tempie bardzo szybko zabraknie nam miejsca na dysku na składowanie tego wszystkiego, co chwilę będziemy stawać w Macu ładować baterie do aparatu (przeważnie mają gniazdka, miło z ich strony), no i nigdzie nie dotrzemy, bo 100km robimy w trzy godziny. Na noc zatrzymujemy się kilkadziesiąt kilometrów przed fiordem w samym środku lasu. Tym razem jakoś nie udało nam się dotrzeć do miejsca gdzie wrzuca się kopertę z pieniędzmi. Na nasze szczęście nikt tego rano nie sprawdzał. Tylko ciiii. Rano okazuje się, że spaliśmy nad ogromnym, ślicznym jeziorem (naturalnie góry w tle), nad którym aż chciałoby się zostać na dłużej, popływać kajakiem, pokąpać się, zrobić ognisko. Tylko trochę na to za zimno teraz.





Po śniadaniu jedziemy nad fiord, gdzie wykupujemy dwugodzinną wycieczkę statkiem. Widoki, jak zwykle w tym kraju, niesamowite. Dodatkowo mieliśmy kupę szczęścia, bo niedaleko ujścia do morza natknęliśmy się na stado delfinów, które z ochotą podpłynęło do łodzi i długo pozowało do zdjęć. Kilka próbowało nam zaimponować i wyskakiwało wysoko nad wodę w powietrznych akrobacjach. Filmik wrzucimy chyba dopiero po powrocie do PL, chyba że natkniemy się gdzieś na superszybkie łącze. Po południu robimy jeszcze kilka okolicznych szlaków, m.in. Lustrzane Jeziora (w których świetnie odbijają się pobliskie góry), jezioro Marian (pozdrowienia dla wujka Mariana) i Uskok (znaczy szczelina w ziemi w której płynie rzeka). Na noc zostajemy na tym samym parkingu co wczoraj, tym razem jednak za niego płacimy.
T.

środa, 25 maja 2011

W drodze na południe – Mt Cook

Wtorek 24/05 – Środa 25/05

Dziś odsypiamy wczorajszą noc i nie wstajemy przed 10. Po śniadaniu idziemy na krótki spacer po okolicznych dolinach, przez co w drogę ruszamy dopiero koło południa. Za pierwszy cel w NZ obraliśmy sobie najwyższą górę jaką tu mają – Mt Cook. Do przejechania mamy jakieś 300 km, więc nie ma pośpiechu. Droga niby zwykła, według map nie ma tu nic ciekawego poza dwoma jeziorami, ale my i tak stajemy co parę minut robić zdjęcia okolicy. Inaczej po prostu nie da się jechać, bo z każdej strony otaczają człowieka albo skaliste góry, albo wściekle zielone pagórki żywcem wyjęte z widokówek, albo znowu ogromne jeziora czy równiny(w tle naturalnie góry). Co zakręt to inny zapierający dech w piersiach widok.


No i oczywiście owce. Owce. I jeszcze raz owce. Gdzie nie spojrzeć tam owce. Plus do tego owce. Widzieliśmy ich już tysiące, czasem w takich miejscach (np. szczyt bardzo stromo wyglądającej góry) że długo zachodziliśmy w głowę jak się tam dostały. Niektóre kudłate, że nie widać oczu. Niektóre świeżo golone i bardziej podobne do kozy niż do owcy, ale wszystkie jak szalone wcinają trawę. Lepsze niż kosiarki :) Do parkingu przy szlaku na Mt Cook, na którym spędzimy noc docieramy około 17. Pierwszy raz spotykamy się z całkowitym końcem drogi (dalej jechać się nie da, bo góry), co później okazuje się bardzo częste w NZ. Postój kosztuje $6.10 od osoby, za to jest kuchnia ze zlewami i ławkami, a do tego przyzwoita łazienka. W identycznym aucie jak nasze spotykamy dwie, mocno zaawansowane już w latach, Dunki, które od trzech tygodni kempingują sobie w NZ, w wolnym czasie robiąc na drutach. Zaimponował im nasz duński, jak potem przyznały, hehe.


W środę rano robimy szlak zwany Dolina Hookera, skąd są najlepsze, dostępne dla zwykłych śmiertelników, widoki na Mt Cook. Droga zajmuje nam łącznie nieco ponad 3 godziny, widoki po drodze absolutnie niesamowite. Góry, doliny, lodowce, wszystko prześliczne, ale nie ma tego jak opisać nie będąc poetą. Zdjęcia powinny już być w sieci, więc kto ma ochotę to sobie zerknie. Samo Mt Cook piorunujące wrażenie, mimo zimy za pasem daje się ładnie fotografować odpędzając od siebie chmury. Miło z jej strony. Później robimy jeszcze trzy inne, krótsze już szlaki oglądając przy okazji kawałek lodowca, kilka jezior i rzekę utworzoną przez topniejący lód.


Na wszystko zeszło nam prawie 7 godzin i dziś czasu starczyło już tylko na prysznic i przejechanie 100km do bezpłatnego parkingu w pobliżu miejscowości Omarama. Parking to właściwie za dużo powiedziane, bo był to kawałek pola nad brzegiem rzeki. No i kibelek, naturalnie.

T.